W styczniu roku dwa tysiące siódmego światkiem parkour – a przynajmniej naszą polską częścią – poruszyło pewne wydarzenie. Dla niewtajemniczonych przypomnę, że w tym czasie na blogu Davida Bella można było ujrzeć notkę, z której wynikało, że tylko on i osoby przez niego wyznaczone ćwiczą oficjalny parkour, zaś cała reszta nadużywa tej nazwy (nawet prawnie). Zarzucano wtedy Bellowi komercjalizację parkour, przywłaszczenie go, zaś o nim samym mówiono w kategoriach “jemu na stare lata już odbija”. Wiele osób poczuło się tym faktem tak oburzonych, że odwrócili się od niego i zaczęli uznawać Sebastiana Foucana i jego free running. Po jakimś czasie jednak sprawa ucichła, a większość krzykaczy nadal wychwalała Davida Bella i ‘jego’ parkour.
Stan ten pewnie trwałby do teraz, gdyby nie zamknięcie serwisu parkour.NET. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu wiele razy ta strona padała z powodów technicznych, jednak tym razem powód był zupełnie inny, powiązany z aferą, która miała miejsce półtora roku temu. Na Overgroundzie można przeczytać powód zamknięcia strony, który brzmi następująco:
• Ja (Jerome, właściciel domeny parkour.net oraz osoba odpowiedzialna za tę stronę) nie powinienem w żaden sposób łączyć Davida Belle’a ani jego rodziny z grupą Yamakasi, ponieważ wiążą się z nimi pewne wypadki.
• Muszę usunąć ze strony wszystko, co odnosi się do Davida Belle’a lub jego rodziny.
• Zostanie mi dostarczone upomnienie.
• Słowo “parkour” jest zastrzeżone i chronione prawem, a oni (David Belle, Jean-François Belle itd.) chcą je odzyskać.
• David zgadza się z powyższym.
No i cyrki z początku 2007 roku zaczynają się chyba na nowo, chociaż informacja ta nie jest jeszcze oficjalnie potwierdzona przez samego Davida. Po części rozumiem jego zaangażowanie w tę sprawę, szczególnie do części odnoszącej się do niego i jego rodziny – chyba każdy z nas ceni sobie prywatność, zaś o jego rodzinie w internecie już dawno można było znaleźć informacje bardziej szczegółowe, niż informacje o nim samym i ew. ojcu. Jednak po raz kolejny największe zamieszanie powoduje nie ta sprawa, a zastrzeganie sobie nazwy “Parkour”. Jedna głupia nazwa. Według mnie nie jest ważna nazwa – równie dobrze mógłbym ‘parkour’ zamienić na dowolną inny tytuł, ponieważ nie tytuł jest w książce ważny, a treść. Nigdy nie przywiązywałem zbyt dużej wagi do nazewnictwa, starałem się jak najbardziej unikać wymawiania ‘parkour’, ponieważ wtedy ludzie kojarzą sobie to z “Trzynastą Dzielnicą”, “Yamakasi” czy z dzieciakami robiącymi salta i skaczącymi po dachach. Myślę, że nie ma się o co oburzać, ponieważ sami doskonale wiemy, jakie środki trzeba było podjąć, aby wybić co niektórym z głowy, że w parkour nie ma salt. Zamiast tego powinniśmy być jemu ( i nie tylko) wdzięczni, że jego sposób na ruch rozprzestrzenił się i trafił do nas, dzięki czemu rozwijamy się fizycznie i psychicznie. I pal licho, czy jest to parkour, free running czy dachobieg, ważne, żeby robić to dla siebie. Nie liczy się słowo, ważne jest jego znaczenie. Nawet, jeżeli wymówienie słowa “parkour” byłoby od tej pory karane, znaczenie powinno pozostać w każdym z traceurów.
0 Odpowiedzi do “David Belle Strikes Back?”